poniedziałek, 29 czerwca 2015

50 zębów Blue, czyli z wizytą w Parku Jurajskim

50 zębów Blue, czyli z wizytą w Parku Jurajskim
Jurassic World nie potrzebował wiele czasu, by pobić kolejne rekordy oglądalności (box office: $1 084 500 000!!!). Warto więc przyjrzeć się, o co tyle szumu.
Dinozaury? Nuuuuuuda
Park Jurajski został wreszcie otwarty dla zwiedzających (w 4. filmie, brawo!). I to niebagatelnej grupy zwiedzających, bo codziennie jest ich ponad 20 000. Jednak na grubych szychach we władzach Parku ta liczba nie robi wrażenia. Dochodzą do wniosku, że trzeba pokazać ludziom coś jeszcze większego, straszniejszego, bardziej krwiożerczego i drapieżnego – w nadziei, że do liczby 20 000 doskoczy przynajmniej jeszcze jedno zero (swoją drogą, gdzie oni zmieściliby te tłumy?!). Jak postanowili, tak i zrobili, tworząc zmodyfikowanego genetycznie potwora, nazwanego Indominus rex (?!). Zanim jednak w ogóle pokazują go (a raczej ją) publiczności, sytuacja… wymyka się spod kontroli. Jak zawsze.
Tym razem największe kłopoty mają: Claire Dearing (Bryce Dallas Howard), która nadzorowała projekt modyfikacji genetycznej, jej dwóch siostrzeńców: Gray (Ty Simpkins) i Zach (Nick Robinson) oraz jej amant i treser raptorów Owen Grady (Chris Pratt). Schemat jest prosty: Claire miała zaopiekować się swoimi siostrzeńcami, ale była zbyt zapracowana by to zrobić, w związku z czym chłopcy w chwili zagrożenia są sami w lesie pełnym dinozaurów. Claire musi ich odnaleźć, w czym pomaga jej Owen (któremu ona daje kosza na początku filmu, co nie przeszkadza im jednak żyć długo i szczęśliwie na jego końcu). Potem chłopcy się szczęśliwie znajdują, a Owen i jego raptory mogą poprowadzić motocyklową ofensywę przeciwko zmodyfikowanej pani dinozaur. Wisienką na torcie jest jeszcze zły człowiek, który planuje wykorzystanie dinozaurów jako broni na wojnach.


Fajnie, fajnie, ale NIE
Pierwsza rzecz, która jest dla mnie minusem, to sam pomysł filmu, czyli zmodyfikowany genetycznie dinozaur. Claire (chyba ona, nie pamiętam) w pewnym momencie mówi, że dinozaury nie robią już na ludziach większego wrażenia niż słonie (nie wiem co ona, na mnie słonie robią duże wrażenie). Problem w tym, że i ilość osób odwiedzających park jak i ich zachowanie (np. spójrzmy na takiego Graya, ten dzieciak chyba w takim razie nigdy nie widział słonia, khe, khe) zdecydowanie temu przeczą. W ogóle, o czym my mówimy,  przecież to DINOZAURY. Nikt mi nie wmówi, że przestały być interesujące.
Teraz drugi minus, to, że tak powiem, konstrukcja głównej antagonistki. Po pierwsze, inteligencja stworzonej dinozaurzycy. Już w trzeciej części „Parku Jurajskiego” velociraptory sprawiały wrażenie trochę zbyt mądrych jak na swój… emm… gatunek (jak to powiedziała Trillian, zaczęły tworzyć coś na kształt organizacji plemiennej). Teraz nasza kochana pani Indominus rex idzie w ich ślady, co moim zdaniem jest raczej śmieszne. Darujcie, ale nie uwierzę, że gad (nawet zmodyfikowany) który nigdy nie widział NICZEGO poza swoim wybiegiem,  specjalnie podrapał betonowe, 12-metrowe ogrodzenie, aby głupie ludzie myślały, że uciekł. Potem zaś, kiedy człowieki wlazły do klatki, żeby sprawdzić gdzie się podziewa ich podopieczna, ta radośnie objawiła się za ich plecami, by – gdy będą uciekać – w ostatniej chwili przedostać się przez zamykającą się bramę (niczym Indiana Jones!). Po drugie – jej nieokiełznana chęć zabijania. Pani Indominus zostawia bowiem za sobą pole martwych dinozaurów, których wcale nie zamierzała zjeść (co na to ekolodzy?). No sorry, ale dla mnie to była najsmutniejsza scena (co tam, że giną ludzie…). Krótko mówiąc – wolałam, kiedy wielkie gady straszyły samą swoją wielko-gadzinowością, a nie tym, że są wielkimi, super-inteligentnymi maszynami do zabijania.  
Trzecia wada – sztampa, sztampa, sztampa. W ogóle nie lubię, gdy eksploatuje się dobry pomysł tak długo, aż stanie się odgrzewanym kotletem (bój się, VII epizodzie „Gwiezdnych Wojen”…). Pierwszy „Park Jurajski’ był jakąś nowością. Drugi dało się przeżyć. Trzeci był już jakąś dziwną wariacją na temat, natomiast czwarty… to już ewidentnie skok na kasę. A, no i nie lubię hollywoodzko dobrych zakończeń, ale cóż poradzić.
Problem numer cztery – płytkość. Nie wiem, z czego to wynikało, ale los bohaterów filmu „Jurassic World” obchodził mnie mniej niż tych z poprzednich części (no, może z wyjątkiem dinozaurów, świnek i kóz – los zwierząt w filmach zawsze jakoś wzbudza we mnie większe emocje). Nie wiem, może po prostu było za dużo pościgów na motorach i strzelania, a za mało dramatyzmu…? Za dużo akcji, za mało horroru? Może.
Nie jest tak źle
A co z plusami? Wbrew pozorom – są. Na przykład muzyka – ta autorstwa Michaela Giacchino jest w porządku, odpowiednio pomaga budować napięcie i stanowi dobre tło. Natomiast uwertura skomponowana przez Johna Williamsa na potrzeby pierwszego „Parku Jurajskiego” chyba nigdy mi się nie znudzi, jest naprawdę piękna. Poza tym gra aktorska – ok. Nie są to oczywiście żadne niezapomniane kreacje, ale nie mam się do czego przyczepić, więc zaliczam na plus. Ponadto nie ma co ukrywać, że całość swoim rozmachem robi ogromne wrażenie. Prehistoryczne stwory rzeczywiście ożywają na ekranie, a pokazując swoje wielkie zębiska potrafią przyprawić widzów o szybsze bicie serca.
Na koniec
Patrząc na to, co napisałam wyżej, widzę, że strasznie skrytykowałam tę produkcję. Ale nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły film. Albo inaczej – to nie jest aż tak zły film, jak podejrzewałam, że będzie. W związku z tym moja relatywnie wysoka ocena. Poza tym myślę, że „Jurassic World” warto zobaczyć – co tu dużo mówić, dinozaury to dinozaury i (podobnie jak słonie) nadal wzbudzają emocje.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Jurassic World
REŻYSERIA: Colin Trevorrow
GATUNEK: Przygodowy, Sci-Fi

MOJA OCENA (w skali 1-10): 5


środa, 10 czerwca 2015

Na którą najlepiej nastawić budzik, czyli refleksje po "Przebudzeniu" S. Kinga

Planowałam jakiś czas temu dodać post o grach Syberia oraz Syberia II, które niedawno skończyłam. Już nawet zaczęłam takowy post pisać, ale… okazało się, że nie umiem. Jak tu zrecenzować coś równie wspaniałego…?
Także postu o Syberii nie ma i nie będzie, ale polecam ją każdemu, kto lubi dobrze opowiedziane, nostalgiczne historie, okraszone dodatkowo przepiękną muzyką. Naprawdę warto wybrać się w tę podróż – ja nawet za jakiś czas pewnie zdecyduję się zrobić to drugi raz.
Ale dość gadania o tym, o czym nie piszę (bo przecież żadnego postu o Syberii formalnie nie ma) – dziś coś, za co również miałam się zabrać już dawno. Mianowicie Stephen King i jego do niedawna najnowsza powieść (właśnie dzisiaj do księgarni wchodzi bowiem jeszcze nowsza) – „Przebudzenie”. Wydana jeszcze w ubiegłym roku, na mojej półce leżała od Bożego Narodzenia, ale ciągle nie miałam dla niej czasu. Teraz jednak jestem już po i pora podzielić się refleksjami.

Kto się przebudza, po co i dlaczego?
King swoim zwyczajem powraca do lat i miejsc swojego własnego dzieciństwa. Cała historia zaczyna się więc, gdy w latach 60. do małego miasteczka w Nowej Anglii przybywa nowy pastor – Charles Jacobs. Początkowo sprawia wrażenie sympatycznego gościa, parafianie go lubią, nawet dzieci jakoś chętniej uczęszczają do szkółki niedzielnej (wśród nich również Jamie Morton, narrator książki). Wszystko się jednak zmienia, gdy w wypadku samochodowym ginie żona i mały synek Jacobsa. Jest to zbyt silny cios dla pastora, a przede wszystkim zbyt ciężka próba jego wiary – Jacobs wyklina Boga i neguje wszystko, na czym do tej pory opierał swe życie. Jego „straszne kazanie”, na którym szydzi z chrześcijaństwa, szokuje wiernych i doprowadza – czemu nie trudno się dziwić – do utraty przez niego pracy pastora.
Tymczasem wspomniany już wyżej Jamie Morton boryka się z własnymi problemami. Szybko przestaje być słodkim sześciolatkiem, którego poznaliśmy w pierwszych rozdziałach, by wyrosnąć na rockendrollowca. Wiąże się z tym nie tylko sława (choć bez przesady), ale również oczywiście wszystkie ciemne strony tego biznesu, jak np. narkomania. Poza tym, jego losy zaczynają się dziwnie splatać z coraz bardziej demoniczną postacią byłego pastora.

Miasto budzi się
Zaobserwowałam już, że jak dla mnie nie ma znaczenia CO King napisze, lecz JAK. Widać, że powieść jest przemyślaną całością, autor nie gubi się w retrospekcjach, narracji, wydarzeniach itd. To raz. Druga sprawa, które urzeka mnie znacznie bardziej, to dokładność, z jaką pisarz opisuje świat przedstawiony. Nie robi tego jednak w sposób podobny do aŁtoreczek powieści aspirujących do bycia blogaskiem, w których o bohaterka nawet w chwili największego zagrożenia życia radośnie obwieści nam, że w danym miejscu podłoga była drewniana, a protagonistka zeszła na śniadanie ubrana w czarne rurki i koszulkę na ramiączkach. Kingowscy bohaterowie nie są aktorami występującymi wśród papierowej scenerii, lecz ma się wrażenie (przynajmniej ja mam), że są PRAWDZIWYMI ludźmi, w PRAWDZIWYM świecie. Dbałość autora o szczegóły każe mu poinformować czytelników, jakiej marki był odkurzacz, który matka bohatera próbowała wygrać w telewizyjnym konkursie, jakiej marki była pierwsza gitara Jamiego, czy też jaka piosenka leciała w radiu, gdy bohater akurat jechał samochodem. Kogoś może to nużyć, ale jak dla mnie buduje fantastyczny klimat.

Ja jednak preferuję tryb drzemki
Tak jak powiedziałam, bardziej urzeka mnie sposób w jaki King pisze, niż co pisze. Sama historia bowiem zrobiła na mnie takie sobie wrażenie. Pobudza do refleksji, ale rozwiązanie zaproponowane przez Kinga średnio do mnie przemawia. Poza tym autor popełnia bardzo duży grzech, który trudno mi mu wybaczyć: znakomicie buduje mroczny nastrój, wprowadza niepokój… wszystko po to, by w ostatnich dwóch rozdziałach z całkowitym brakiem taktu, subtelności czy gracji ROZWALIĆ wszystko, co tworzył przez poprzednie prawie 500 stron. Zakończenie jest dziwne, niezbyt logiczne i właściwie nie do końca koresponduje z resztą książki, a poza tym jest koszmarnie dosłowne. Autor zdaje się zapominać, że czytelnika najbardziej wystraszy jego własna wyobraźnia, która spróbuje wypełnić luki pozostawione w danej historii. King popełnia jednak ten błąd również w kilku innych swoich powieściach, np. fenomenalnym „To”, gdzie kreuje genialną postać demonicznego klauna tylko po to, by na samym końcu (uwaga spoiler!) zamienić go w wielkiego pająka, a właściwie panią pająk (?!). Obawiam się (choć to info niepotwierdzone, bo mam jeszcze bardzo dużo powieści pana Stephena do przeczytania), że to może być jakaś jego nieusuwalna maniera.

Proponuję zostać w łóżku
Podsumowując, dochodzę do wniosku, że „Przebudzenie” jest pozycją z gatunku: „można, ale nie trzeba”. Oczywiście, dla wielbicieli Kinga – trzeba (ale prawdziwi wielbiciele pewnie dawno są już po, więc nie potrzebują mojej zachęty), natomiast dla wszystkich innych… Cóż, warto przeczytać, ale tylko jeśli żadna inna nieprzeczytana książka nie patrzy na Was oskarżycielsko z półki.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Przebudzenie
AUTOR: Stephen King
GATUNEK: Horror

MOJA OCENA (w skali 1-10): 6

Okładka książki Przebudzenie


poniedziałek, 4 maja 2015

Trochę tłajlajtowego narzekania

Należę do grona tych osób, które nigdy nie czytały Zmierzchu. Jakoś nigdy nie było okazji, a zresztą nie czułam więc jakiejś specjalnej potrzeby. Dlatego moja wiedza na temat Belli, Cullenów i ogólnie świata wykreowanego przez Stefcię Meyer była właściwie żadna. Jakiś czas temu jednak, dzięki uprzejmości jednej z publicznych stacji telewizyjnych, wreszcie poznałam ten romans wszechczasów. Tylko dwie pierwsze części, bo na tyle wystarczyło wspomnianej uprzejmości, ale… to chyba i tak było o dwie części za dużo.
Wiem, że filmowej adaptacji nie powinno oceniać się za fabułę, ale w tym wypadku chyba muszę zrobić wyjątek, bo, jak już mówiłam, książki nie czytałam i nie przeczytam.
Oto jednak w dosyć luźnej i chaotycznej kolejności rzeczy które mi się podobały/nie podobały lub które mnie rozśmieszyły.

Wampiry to śnieżynki

Białe, zimne i skrzy się w słońcu?


Choć nie wszystkie


Taaak… Gdzieś słyszałam, że aktorzy grający wampiry w Zmierzchu mieli przez jakiś czas przed rozpoczęciem zdjęć zakaz opalania się.


Hmm… Ale to pewnie kwestia poprawności politycznej. W filmach zawsze powinien pojawić się dobry Murzyn. Ten tu teoretycznie jest zły, ale w końcu kto ostrzega Belkę przed własnymi złymi przyjaciółmi?

Tak, mam 17 lat i jestem PRZEKONANA, że NA PEWNO znalazłam miłość życia

Belka jest potwornie egzaltowana. I tyle. To wszystko co o niej w ogóle można powiedzieć. Kocha Edwarda, jest gotowa dla niego dać się ugryźć przez monstrum i żyć wiecznie (co wcale nie wydaje się specjalnie kuszącą perspektywą, przynajmniej moim zdaniem). Aha, no i jeszcze ten czas kiedy Belka tęskni za Edkiem – nie może spać, nie może jeść, nie może gadać z kolegami, nie może z nimi wyjść nie może żyć… Tylko wszędzie widzi Edwarda.


Podwójne standardy zawsze Cię znajdą

Tym razem nie chodzi już o kolor wampirów, ale o patriarchę rodziny:


Nie miał problemu z tym, że BEZ PYTANIA zamienił Edwarda w wampira, gdy ten umierał na cośtam. W sprawie Belki muszą jednak zrobić wampirze referendum, pomimo że ona jest zdecydowana.
Chociaż może takie jego zachowanie wynika po prostu z bycia odpowiedzialnym – ja też bym nikogo nie zgodziła się zamieniać tak „na życzenie” w potwora. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie śmierci wolałabym mieć wybór.

Europejczycy są Ciemnogrodem i nadal mają Inkwizycję

Taką wiedzę wyniosłam z obejrzenia tych scen.

Wielka szkoda

W tej scenie natomiast miałam nadzieję, że jednak ją zje. Ach, nadzieja matką głupich.

Hej, opowiem Ci historię o niczym

Tak w dużym skrócie wyglądała dla mnie druga część. W pierwszej to jeszcze jakoś było – słodkie bieganie po drzewach, lasach itp. Itd. Ale w „Księżycu w nowiu”? Właściwie o czym on opowiada? O tym, że Belka cierpi. O tym, że Edward cierpi, ale nie aż tak bardzo, jak Belka (przecież to ona jest główną bohaterką, musi mieć gorzej). No i o tym, że Jacob bez koszulki.

Już rozumiem

W trakcie seansu dowiedziałam się również, dlaczego na supergwiazdę tej produkcji złośliwcy mówią Kirsten „Drewno” Stuart.


Chwila, właściwie drewno ma więcej wyrazu.


Czy jest jakiś jasny punkt?
Na razie nie przychodzi mi więcej śmiesznostek do głowy. Miałam je wypisane na specjalnej kartce, ale niestety gdzieś się zapodziała. Ale jak sobie coś przypomnę to jeszcze dopiszę. No i mam nadzieję, że za jakiś czas telewizja publiczna będzie uprzejma uraczyć nas kolejnymi częściami.
Tymczasem, czy jest jakaś zaleta tych filmów? Technicznie rzecz biorąc, nie są one złe, oceniałam je jednak bardzo nisko, ze względu na fakt, że są głupie. I tyle. Moje szare komórki podczas seansu popełniły honorowe samobójstwo i dlatego nie miałam możliwości obiektywnej oceny. Jest jednak coś, co mi się podobało, mianowicie muzyka. Nienachalna, nostalgiczna – po prostu ładna.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Zmierzch
AUTOR: Stefcia Meyer
REŻYSERIA FILMU: Catherine Hardwicke
GATUNEK: Romans wszech czasów, przy którym "Anna Karenina", "Wojna i pokój" a nawet "Przeminęło z wiatrem" to tylko żałośni naśladowcy
MOJA OCENA: 3

TYTUŁ: Księżyc w nowiu
AUTOR: Stefcia Meyer
REŻYSERIA FILMU: Catherine Hardwicke
GATUNEK: Romans wszech czasów, przy którym "Anna Karenina", "Wojna i pokój" a nawet "Przeminęło z wiatrem" to tylko żałośni naśladowcy
MOJA OCENA: 2

piątek, 13 marca 2015

So, Death... Are you ready to meet your maker?

Wczoraj dwa światy - zarówno Świat Dysku jak i Świat Kuli - utraciły wielkiego człowieka. Myślę jednak, że Sir Terry, po zwyczajowej partyjce ze Śmiercią, odnalazł szczęście. Nie mówię o "spokoju" i "wiecznym odpoczynku", przeciwnie - mam nadzieję, że świetnie się bawi. 
Więc... do zobaczenia. 



 

poniedziałek, 2 marca 2015

Dwie krótkie historyjki, czyli o tym jak muzyka ma się do szpikulców na śmieci

Dziś dwie krótkie historyjki z mojego życia:

Po pierwsze widziałam dzisiaj na krakowskich Plantach pana ze szpikulcem do śmieci. Wiem, że to niby nic nadzwyczajnego, ale... nie wiem, z jakiś niewytłumaczalnych powodów myślałam, że szpikulce do śmieci wyginęły. 

To jedno. Druga historia to opowieść "tramwajowa". Jechałam dzisiaj rano tramwajem - no niestety 7.30 nie jest już porą na spanie, tylko to właśnie idealny czas na podróże komunikacją miejską - i na którymś już z kolei przystanku wsiada starszy pan. Człowiek z gatunku "niereprezentatywnych" i "niepozornych" - taki troszkę "inny", z nie do końca dopasowaną garderobą - myślę, że wiecie o co chodzi. Najważniejsze w tej opowieści jest to, że wystarczyło mi jedno spojrzenie, by tak szybko go ocenić. Jedyne wolne miejsce zostało akurat obok mnie, więc bohater mojej historii szybko je zajął. I co? Nagle patrzę się, a pan wyjmuje słuchawki; muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, bo przecież słuchanie muzyki w tramwaju jednak nie jest domeną starszych ludzi. Byłam więc zainteresowana, jakiego odtwarzacza używa. Wiecie co się okazało? Że był to śliczny walkman na kasety: 
Dlaczego o tym piszę? Bo ten pan uświadomił mi przynajmniej dwie rzeczy (choć chyba więcej, ale musiałabym się jeszcze nad tym zastanowić), o których tak łatwo się zapomina. Po pierwsze, że za szybko tego człowieka oceniłam. Spodziewałam się po nim czegoś zupełnie innego, tymczasem on mnie zupełnie zaskoczył. I za to "otrzeźwienie" bardzo mu dziękuję. Po drugie, że jednak muzyka rządzi! (niezależnie od tego ile masz lat i jakiego gatunku słuchasz; choć są takie, których ja nie potrafię zaakceptować - ale o tym innym razem).

Muzyka – Zmienia rzeczywistość na lepszą

sobota, 28 lutego 2015

Klub Dantego, czyli krwawo i dziewiętnastowiecznie (takie klimaty...)

Pora więc zaczynać. A zaczynam od książki, która była wydana już milion lat temu, ale oczywiście ja zapoznałam się z nią dopiero teraz: to „Klub Dantego” autorstwa amerykańskiego pisarza Matthew’a Pearla. Tak, wiem, że została wydana w 2003 r. a w Polsce 2005. Zdaję sobie sprawę, że to było już dawno temu, a ja cieszę się, bo poznałam coś „nowego”. Czasem mam wrażenie, że za bardzo przypominam jego:
USA mają już konstytucję – USA mają już konstytucję może my też powinniśmy?
Ale tak to już niestety bywa. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli za jakiś czas z radością ogłoszę Wam, że „Ida” dostała Oskara.

Krew, krew, więcej krwi
Wróćmy jednak do sprawy. Akcja powieści toczy się w 1865 roku w Bostonie. Poeta Henry Longfellow przy pomocy przyjaciół: Lowella, Holmesa, Green’a i wydawcy J.T. Fieldsa tworzą Klub Dantego zajmujący się wykonaniem pierwszego amerykańskiego tłumaczenia „Boskiej Komedii”. W tym samy czasie miasto zostaje wstrząśnięte falą brutalnych morderstw. Wszystkie zabójstwa łączy kilka wspólnych cech – przede wszystkim morderca stara się, by jego ofiary cierpiały jak najdłużej. Z czasem główni bohaterowie orientują się, że każda ze zbrodni jest niepokojąco podobna do kar piekielnych opisywanych przez Dantego. W całym Bostonie jest tylko garstka osób, które znają „Komedię” – bohaterowie muszą więc szybko znaleźć sprawcę, by podejrzenie nie padło na nich.

Jeszcze tylko jeden rozdział... I tak już do końca
Tak w skrócie wygląda zarys fabuły. Jest intrygująca od początku do końca – prawie że do ostatniej strony nic nie jest jeszcze jasne, a wiele rozdziałów kończy się w ten sposób, że po prostu nie byłam w stanie odłożyć książki. Przy czytaniu tej powieści działa więc zaklęty krąg „jeszcze tylko jednego rozdziału…”. Akcja jest naprawdę pasjonująca, a w paru momentach czuć przechodzące po plecach dreszcze. Ale mimo wszystko moim zdaniem to nie ona jest największym atutem tej książki. Mnie osobiście najbardziej urzekła drobiazgowość, z jaką Pearl opisuje XIX-wieczny Boston. Ówczesna rzeczywistość jest odmalowana tak dokładnie, że rzeczywiście z łatwością można ją sobie wyobrazić. I nie chodzi tu tylko o opis miasta, ale również o odwzorowanie sposobu życia jaki prowadzili prawdziwi bohaterowie (bo przecież warto zauważyć, że Longfellow czy Lowell to postacie historyczne) a także np. relacji jakie panowały na uniwersytecie Harvardzkim. Bardzo też podoba mi się, w jaki sposób skonstruowano bohaterów. Nie ma w „Klubie Dantego” jakiś bardzo pogłębionych profilów psychologicznych postaci (no, może poza mordercą, ale więcej nie mówię, żeby nie spoilerować) lecz mimo to bohaterowie nie są „płascy”. Mamy więc zachowawczego Holmesa, porywczego Lowella czy też dobrodusznego Green’a. Od postaci historycznych nie odbiega też konstrukcja bohaterów wymyślonych jak np. czarnoskórego policjanta Nicholasa Reya.

This is not a game
Pora teraz na kilka wad. Nie jest ich zbyt wiele, ale zawsze trzeba przecież do czegoś się przyczepić. Książka może więc nie przypaść do gustu wielbicielom kryminałów, którzy lubią brać udział w grze między czytelnikiem a autorem – czy uda się odkryć sprawcę zanim dokonają tego bohaterowie, czy nie. W przypadku powieści Pearla wyprzedzenie toku myślowego członków Klubu jest dosyć trudne (o ile nie niemożliwe) ponieważ autor nie zostawia czytelnikom prawie żadnych wskazówek. Wszystko tak naprawdę rozgrywa się dosłownie na ostatnich stronach. Nie ma więc poszlak, które mogłyby doprowadzić czytelnika do zabójcy, ale za to jest wiele pułapek, w które wpadają zarówno bohaterowie jak i osoby śledzące ich poczynania.

Jest dobrze
Koniec końców, „Klub Dantego” jest pozycją bardzo dobrą, którą z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, kto lubi szybką, ciekawą akcję oraz krwawe tajemnice. Sami zresztą widzicie, że w mojej recenzji ilość zalet przytłoczyła ilość wad.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Klub Dantego
AUTOR: Matthew Pearl
GATUNEK: Kryminał/thriller

MOJA OCENA (w skali 1-10): 8+


piątek, 27 lutego 2015

Zapraszam!

Pisanie jest po prostu przyjemne. I koniec. A jeszcze przyjemniejsze jest KRYTYKOWANIE. 

Ale nie, na tym blogu nie zamierzam tylko krytykować. Właściwie to przede wszystkim chciałabym tu polecać. Dobre książki, filmy, spektakle teatralne, koncerty itd. itp. etc. Słowem - wszystko, co akurat mnie zainteresuje. 
Oczywiście krytyka też się pojawi, bo czasem trzeba wyrzucić z siebie te pokłady jadu - dlatego to, co jest złe albo po prostu słabe również nie uniknie oceny. 

Nie wiem z jaką częstotliwością uda mi się publikować, postaram się jak najczęściej, ale wiadomo - wyjdzie jak zwykle. W każdym razie pierwsza recenzja powinna pojawić się już niedługo.