niedziela, 19 lipca 2015

O tym, jak niewinna panna Croft przemieniła się w Hitmana, czyli (stary) nowy Tomb Raider

Lepiej późno niż wcale

Lara i jej nieprzeciętna umiejętność utrzymania równowagi
Nowy” Tomb Raider staje się już powoli starym Tomb Raiderem, bo następca – Rise Of The Tomb Raider – już czyha by zająć jego miejsce (xboksowa premiera w listopadzie, o pecetowej na razie niestety nie wiadomo). Ja oczywiście, moim zwyczajem, z odświeżoną Larą zapoznałam się dopiero teraz, a to i tak tylko dlatego, że kupiłam ją na przecenie. Okazało się jednak, że było na tyle przyjemnie, iż po kolejną część prawdopodobnie sięgnę nieco wcześniej niż po, bagatela, 2 latach od premiery.

To nie był dobry dzień dla Lary

Piromania Lary musiała w końcu doprowadzić do tragedii
Najpierw nikt nie chciał posłuchać jej sugestii związanych z miejscem prowadzenia badań archeologicznych. Gdy w końcu jej posłuchali, zakończyło się to katastrofą i zatopieniem statku (nomen omen o wdzięcznej nazwie „Endurance” czyli z angielskiego „wytrzymałość”, „trwałość”). Po tym jak naszej bohaterce cudem udało się nie utopić, została porwana przez jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego Ktosia, zawinięta w kokon i zawieszona głową w dół w jakiejś dziwnej krypcie. Później nieszczęśliwie upadła na złośliwie podrzucony przez twórców gry gwóźdź i przebiła sobie śledzionę (co oczywiście nie przeszkadzało jej w skakaniu wysoko na 3 metry). A potem... Okazało się, że jest właściwie sama na wyspie pełnej wściekłych wilków i jakiś brodatych pomyleńców, z nieznanych przyczyn mówiących po rosyjsku.

Tak właściwie można opisać całą fabułę. Niestety Rhianna Pratchett, autorka scenariusza, w tym przypadku nie wykazała się talentem na miarę ojca – opowiedziana historia jest sztampowa i zupełnie nie angażująca emocjonalnie. Bohaterowie również są „płascy” i zupełnie nieinteresujący – pomijając fakt, że prawie w ogóle ich nie ma. Lara co prawda została uwięziona na japońskiej wyspie wraz z grupą przyjaciół, ale nie są uprzejmi towarzyszyć dziewczynie w prawie żadnej misji, także właściwie do połowy gry nie wiedziałam nawet ilu ich jest i jak się nazywają. Powoduje to, że nijak się do postaci nie można przywiązać, wobec tego gdy ktoś (spoiler) ginie (koniec spoilera) to absolutnie nie wywołuje to żadnych emocji (chociaż mnie osobiście trochę rozśmieszyło). Inna ciekawa sprawa jest natomiast z samą panną Croft, która – uwaga, uwaga – jest postacią DYNAMICZNĄ. Na samym początku zupełnie nie przypomina dawnej siebie – tej Lary, która biegała z dwoma pistoletami i jak gdyby nigdy nic potrafiła zabić dinozaura. Ba - „nowa” Lara nie tylko nie poradziłaby sobie z T-Rexem – już na samym początku gry musi bowiem poradzić sobie z jeleniem, co okazuje się przeżyciem wyjątkowo traumatycznym. Później jednak jest już z górki.

Lara płakała, gdy zabiła pierwszego człowieka. A potem... A potem już nie

Że to ja niby ich zabiłam? Nieee...
Tego też...? A skąd!
Skoro już o zabijaniu mowa – to należy grze przyznać, że system walki jest satysfakcjonujący i to nawet na poziomie łatwym, na którym także da się zginąć (czego ja osobiście raczej nie lubię). Przeciwnicy „dorastają” razem z naszą bohaterką – to znaczy im ona silniejsza i bardziej doświadczona, tym oni również. Jest to może trochę szkodliwe dla realizmu (ale umówmy się, nie jest to największy problem) natomiast sprawdza się w kwestii grywalności. Przeciwników możemy eliminować za pomocą wachlarza broni (choć zaczynamy tylko od łuku); nasze śmiercionośne narzędzia można też modyfikować, bo Lara-majsterkowicz (vel Macgyver) ze znalezionego po drodze zardzewiałego żelastwa potrafi zrobić nawet cięciwę (!).

Podczas wędrówki po wyspie młoda pani archeolog natrafia jednak nie tylko na wrogów, ale również na rozmaite artefakty i dokumenty. Nie do wszystkiego da się dostać za pierwszym razem, co ma zmotywować do powrotu do odwiedzanych lokacji po zakończeniu wątku fabularnego. Ja jednak wolałabym możliwość ponownego przejścia gry przy jednoczesnym zachowaniu zdobytych umiejętności – pomimo miałkości fabuły wolę już mieć jakiś cel niż tylko zwiedzanie starych jaskiń. Świat, po którym przychodzi nam się poruszać, sprawia wrażenie otwartego – mamy na przykład możliwość szybkiej podróży między odkrytymi obozowiskami – ale w gruncie rzeczy lokacje są liniowe; trzeba po prostu pędzić naprzód, okazjonalnie interesując się jakimś sekretnym grobowcem w pobliżu.

Lara, zrób coś wreszcie sama

Elementem rozgrywki, który napsuł mi tak dużo krwi, że jestem gotowa poświęcić mu osobny paragraf, są sekwencje QTE, czyli te durne momenty kiedy kamera udaje, że jest w filmie, a gracz musi kolejno naciskać odpowiednie klawisze (swoją drogą cieszę się, że po tym wszystkim mój klawisz „e” jest nadal na swoim miejscu). QTE są o tyle irytujące, że jest ich zdecydowanie za dużo (moim zdaniem mogłyby nie istnieć, ale niech będzie) a poza tym jak najszybsze naciskanie kolejno „e” i „f” wcale nie jest zadaniem tak łatwym i przyjemnym, jak mogłoby się wydawać. Co tu dużo mówić, jeden wilk zabił mnie w ten sposób 6 razy, jakiś brodacz zrzucił mnie z mostu 7 razy, a w finałowej walce te wszystkie klawisze już tak mi się pomyliły, że zanim się zorientowałam, to wyszłam do windows i włączyłam wyszukiwanie – czego? Ano frazy „eeeeeeeee”. Także sekwencjom QTE mówię stanowcze nieeeeeeeee.

Click F to win - grrrr...


Co jeszcze na plus, co na minus

W grze jest dużo różnych głupotek (zostałam postrzelona? Wbiłam sobie gwóźdź w śledzionę? To nic, i tak potrafię skoczyć wyżej niż małpa; Że co? Że wszystko spala się w dwie sekundy? Nie może być!; Nie, tej pochodni absolutnie nie szkodzi woda, pod warunkiem, że chwilowo scenariusz nie przewiduje jej zgaszenia itd.). Rozumiem jednak, że to tylko gra i należy zrezygnować z realizmu na rzecz grywalności (niemniej jednak śmiesznie było przyświecać sobie pochodnią pod wodospadem).

Na plus za to zaliczam muzykę – co prawda żaden kawałek nie został mi głowie, ale stanowi ona dobre, nienachalne tło. Zaletą również są głosy anglojęzycznych aktorów (wersji polskiej nie testowałam, Lara musi mieć brytyjski akcent, koniec, kropka). Też nie są to niezapomniane role, ale jest dobrze, więc nie narzekam. Ogromnym plusem jest również grafika – co tu dużo mówić, czasem jest naprawdę pięknie.

Jestem sama na wyspie pełnej niebezpieczeństw... A co tam, pooglądam widoczki


Crofty, nie Crofty, ale było ok

Bardzo lubię dobrze opowiedziane historie – z fascynującą, zapierającą dech w piersiach akcją, wyrazistymi postaciami itd. W Tomb Raiderze nic z tego nie znalazłam, ale mimo to dobrze się bawiłam. Widać każdy potrzebuje czasem pobawić się w relaksujące „ziabijanko”. A gdy w finałowej scenie „nowa Lara” wyciąga kanoniczne dwa pistolety, to nawet „stara Lara” przestaje się w (nomen omen) grobie przewracać.


PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Tomb Raider
PRODUCENT: Crystal Dynamics
GATUNEK: Akcja

MOJA OCENA: 8




piątek, 10 lipca 2015

Kholat – ciemno, zimno, do domu daleko

Tuputup po śniegu

Za oknem upał 30 stopni, a ja siedzę w pokoju i marznę. Na monitorze bowiem mam również jakieś 30 stopni, tyle że na minusie. Poza tym jest środek nocy a ja łażę jak głupia i szukam porozrzucanych wszędzie notatek.

Uwielbiam oglądać śnieg na ekranie. Dlatego nie mogłam oderwać się „Syberii”, dlatego też zauroczyło mnie disneyowskie „Frozen”. Nie bez powodu sięgnęłam więc po „Kholat” - grę autorstwa polskiego studia IMGN.PRO.



Notatki, notatki, wszędzie notatki

Inspiracją powstałej produkcji jest tragedia na Przęłęczy Diatłowa (nazwanej tak od dowódcy felernej ekspedycji). Grupa doświadczonych w górskich wspinaczkach rosyjskich studentów (w dodatku w towarzystwie przewodnika) zginęła w dość tajemniczych okolicznościach gdzieś na północy Uralu. Ekipa ratunkowa wysłana na poszukiwania odnalazła rozcięty od środka namiot (tak jakby studenci uciekali w panice). Ślady bosych (!) stóp doprowadziły ich do zamarzniętych ciał kilku członków wyprawy (wszyscy zmarli z powodu wyziębienia). Pozostałych znaleziono w znacznym oddaleniu, a ich szczątki nie wyglądały tak „dobrze” - strzaskane czaszki, zmiażdżone klatki piersiowe... Do dziś nie wiadomo, co spowodowało tę tragedię, choć od wspomnianych wydarzeń minęło już ponad pół wieku.



W grze ruszamy więc tropem zaginionych studentów, a także tropem ekspedycji ratunkowej. Chodzimy po całkiem sporym obszarze i szukamy notatek, które pomogą nam zrozumieć, co miało miejsce w 1959. Musimy jednak uważać – na zasypanych śniegiem drogach wszędzie może czaić się niebezpieczeństwo w postaci dziwnych zjaw i wszechogarniającej pomarańczowej mgły.

Mróz nie taki mroźny, strach nie taki straszny, samotność nie taka znowu samotna...

Znów zacznę od minusów, ale jakoś tak przyjemnie jest najpierw wyrzucić z siebie trochę jadu, za nim powiem co mi się podobało. Problemem pierwszym i największym jest sama fabuła, której de facto nie ma. Owszem, zbieramy papierzydła, czasem nawet coś tam jest ciekawego, ale ogólnie całość raczej nie trzyma się kupy. Podobnie wypowiedzi naszego bohatera (swoją drogą nie do końca wiadomo, kim on jest). Głosu w angielskiej wersji użycza mu Sean Bean, co jest dużym plusem, bo rzeczywiście beznamiętny ton filmowego Boromira brzmi rewelacyjnie – szkoda tylko, że jego rzadko pojawiające się wypowiedzi są wzięte z pragęby. Czasami miałam wrażenie, że praca nad tymi tekstami wyglądała mniej więcej tak:

- Hej, napiszmy coś, co będzie brzmiało trochę strasznie a zarazem tajemniczo, co wy na to?
- Okej, dzisiaj akurat będę miał trochę czasu w tramwaju, więc to załatwię.

Drugi minus to wałęsające się tu i ówdzie zjawy. Pomijam już ich dość luźny związek z fabułą (której nie ma) – rozumiem, że aby było strasznie, to gracz musi mieć świadomość, że coś go może w każdej chwili zaatakować. I rzeczywiście, łatwo się przestraszyć, gdy świetlisty stwór pojawia się tuż obok ciebie. Gorzej jednak, gdy ty pierwszy takowego wypatrzysz i chwilę mu się przyjrzysz. Widać wówczas, że inteligencja trochę szwankuje. Jednego takiego udało mi się zablokować w wąwozie. Przyczaiłam się na jego końcu i zaświeciłam w zjawę latarką. Ta zaczęła iść w moją stronę. Gdy się wycofałam, ona uznała, że dzieląca nas odległość jest już chyba zbyt duża i zawróciła. Gdy zrobiłam krok do przodu, ta znowu do mnie. Krok do tyłu – zawraca. Chwilę się tak bawiłyśmy i powiem szczerze, że było to całkiem śmieszne, ale troszkę zepsuło klimat.



Płonie ognisko w lesie

A szkoda, bo to właśnie klimat jest największą siłą tej produkcji. Jest ciemno, dookoła tylko śnieg, skały i drzewa. Oraz nieustannie towarzyszący nam księżyc w pełni. W jego trupim blasku wszystko wygląda tajemniczo i groźnie; jeśli dobrze się przyjrzeć, w większości skał można dopatrzeć się upiornego podobieństwa do twarzy lub czaszek. W tle natomiast wciąż słychać albo głośny szum wiatru i trzask łamanych przez niego gałęzi, albo oddalone wycie wilków... Razem te wszystkie elementy budują naprawdę fantastyczny klimat, spotęgowany jeszcze przez poczucie zagubienia. Obszar, po którym wędrujemy jest duży i naprawdę łatwo zgubić drogę. Mamy co prawda mapę i kompas, a okazjonalnie na niektórych skałach odnaleźć można wyryte długość i szerokość geograficzną. Również miejsce znalezienia notatki jest zaznaczane na mapie, podobnie jak odnalezione obozowiska. Ale szczerze powiedziawszy nie jest to zbyt wielka pomoc. Ja osobiście często planowałam sobie, którą drogą teraz podążę, a potem lądowałam i tak na przeciwległym końcu mapy. Mam wrażenie, że albo to ona była trochę oszukana, albo nie wszystkie te koordynaty na skałach podawały prawdziwe informacje, albo po prostu (no trudno, przyznaję się) mam rzeczywiście fatalną orientację w terenie. Szybko jednak zorientowałam się, że najlepszym sposobem eksploracji jest po prostu wędrówka wciąż przed siebie.



Ostatnim dużym plusem jest muzyka. Okazjonalnie pojawia się ona w czasie rozgrywki, ale tak naprawdę największe wrażenie zrobiły na mnie piękny, nostalgiczny utwór z menu głównego i piosenka towarzysząca napisom końcowym. Bardzo mi się podobały i zasłużyły na wyszczególnienie.

Ja już tam nie wrócę

Z powrotem w pobliże Góry Umarłych już się nie wybieram, niemniej jednak nie żałuję, że w „Kholat” zagrałam. Brak fabuły nie przeszkadza w błądzeniu po górach, szczególnie, że bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie finał gry (więc z tą fabułą też nie jest aż tak źle).

W recenzji tej gry w ostatnim numerze największego polskiego „growego” czasopisma* napisano, że produkcja ta miała „świetny pomysł, słabe wykonanie”. Moim zdaniem było odwrotnie. Pomysłu na „Kholat” nie było – sama inspiracja tragedią na Przełęczy Diatłowa nie jest jeszcze pomysłem na grę - niemniej jednak ten brak pomysłu wykonano naprawdę dobrze.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Kholat
PRODUCENT: IMGN.PRO
GATUNEK: Przygodowa, Horror

MOJA OCENA: 7




*CD-Action nr 8/2015, str. 66


PS Dzisiejszą recenzję dedykuję mojemu bratu, który okazał się wyjątkowo pomocny przy znajdowaniu odpowiedniej drogi w zaśnieżonych górach Ural. 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

50 zębów Blue, czyli z wizytą w Parku Jurajskim

50 zębów Blue, czyli z wizytą w Parku Jurajskim
Jurassic World nie potrzebował wiele czasu, by pobić kolejne rekordy oglądalności (box office: $1 084 500 000!!!). Warto więc przyjrzeć się, o co tyle szumu.
Dinozaury? Nuuuuuuda
Park Jurajski został wreszcie otwarty dla zwiedzających (w 4. filmie, brawo!). I to niebagatelnej grupy zwiedzających, bo codziennie jest ich ponad 20 000. Jednak na grubych szychach we władzach Parku ta liczba nie robi wrażenia. Dochodzą do wniosku, że trzeba pokazać ludziom coś jeszcze większego, straszniejszego, bardziej krwiożerczego i drapieżnego – w nadziei, że do liczby 20 000 doskoczy przynajmniej jeszcze jedno zero (swoją drogą, gdzie oni zmieściliby te tłumy?!). Jak postanowili, tak i zrobili, tworząc zmodyfikowanego genetycznie potwora, nazwanego Indominus rex (?!). Zanim jednak w ogóle pokazują go (a raczej ją) publiczności, sytuacja… wymyka się spod kontroli. Jak zawsze.
Tym razem największe kłopoty mają: Claire Dearing (Bryce Dallas Howard), która nadzorowała projekt modyfikacji genetycznej, jej dwóch siostrzeńców: Gray (Ty Simpkins) i Zach (Nick Robinson) oraz jej amant i treser raptorów Owen Grady (Chris Pratt). Schemat jest prosty: Claire miała zaopiekować się swoimi siostrzeńcami, ale była zbyt zapracowana by to zrobić, w związku z czym chłopcy w chwili zagrożenia są sami w lesie pełnym dinozaurów. Claire musi ich odnaleźć, w czym pomaga jej Owen (któremu ona daje kosza na początku filmu, co nie przeszkadza im jednak żyć długo i szczęśliwie na jego końcu). Potem chłopcy się szczęśliwie znajdują, a Owen i jego raptory mogą poprowadzić motocyklową ofensywę przeciwko zmodyfikowanej pani dinozaur. Wisienką na torcie jest jeszcze zły człowiek, który planuje wykorzystanie dinozaurów jako broni na wojnach.


Fajnie, fajnie, ale NIE
Pierwsza rzecz, która jest dla mnie minusem, to sam pomysł filmu, czyli zmodyfikowany genetycznie dinozaur. Claire (chyba ona, nie pamiętam) w pewnym momencie mówi, że dinozaury nie robią już na ludziach większego wrażenia niż słonie (nie wiem co ona, na mnie słonie robią duże wrażenie). Problem w tym, że i ilość osób odwiedzających park jak i ich zachowanie (np. spójrzmy na takiego Graya, ten dzieciak chyba w takim razie nigdy nie widział słonia, khe, khe) zdecydowanie temu przeczą. W ogóle, o czym my mówimy,  przecież to DINOZAURY. Nikt mi nie wmówi, że przestały być interesujące.
Teraz drugi minus, to, że tak powiem, konstrukcja głównej antagonistki. Po pierwsze, inteligencja stworzonej dinozaurzycy. Już w trzeciej części „Parku Jurajskiego” velociraptory sprawiały wrażenie trochę zbyt mądrych jak na swój… emm… gatunek (jak to powiedziała Trillian, zaczęły tworzyć coś na kształt organizacji plemiennej). Teraz nasza kochana pani Indominus rex idzie w ich ślady, co moim zdaniem jest raczej śmieszne. Darujcie, ale nie uwierzę, że gad (nawet zmodyfikowany) który nigdy nie widział NICZEGO poza swoim wybiegiem,  specjalnie podrapał betonowe, 12-metrowe ogrodzenie, aby głupie ludzie myślały, że uciekł. Potem zaś, kiedy człowieki wlazły do klatki, żeby sprawdzić gdzie się podziewa ich podopieczna, ta radośnie objawiła się za ich plecami, by – gdy będą uciekać – w ostatniej chwili przedostać się przez zamykającą się bramę (niczym Indiana Jones!). Po drugie – jej nieokiełznana chęć zabijania. Pani Indominus zostawia bowiem za sobą pole martwych dinozaurów, których wcale nie zamierzała zjeść (co na to ekolodzy?). No sorry, ale dla mnie to była najsmutniejsza scena (co tam, że giną ludzie…). Krótko mówiąc – wolałam, kiedy wielkie gady straszyły samą swoją wielko-gadzinowością, a nie tym, że są wielkimi, super-inteligentnymi maszynami do zabijania.  
Trzecia wada – sztampa, sztampa, sztampa. W ogóle nie lubię, gdy eksploatuje się dobry pomysł tak długo, aż stanie się odgrzewanym kotletem (bój się, VII epizodzie „Gwiezdnych Wojen”…). Pierwszy „Park Jurajski’ był jakąś nowością. Drugi dało się przeżyć. Trzeci był już jakąś dziwną wariacją na temat, natomiast czwarty… to już ewidentnie skok na kasę. A, no i nie lubię hollywoodzko dobrych zakończeń, ale cóż poradzić.
Problem numer cztery – płytkość. Nie wiem, z czego to wynikało, ale los bohaterów filmu „Jurassic World” obchodził mnie mniej niż tych z poprzednich części (no, może z wyjątkiem dinozaurów, świnek i kóz – los zwierząt w filmach zawsze jakoś wzbudza we mnie większe emocje). Nie wiem, może po prostu było za dużo pościgów na motorach i strzelania, a za mało dramatyzmu…? Za dużo akcji, za mało horroru? Może.
Nie jest tak źle
A co z plusami? Wbrew pozorom – są. Na przykład muzyka – ta autorstwa Michaela Giacchino jest w porządku, odpowiednio pomaga budować napięcie i stanowi dobre tło. Natomiast uwertura skomponowana przez Johna Williamsa na potrzeby pierwszego „Parku Jurajskiego” chyba nigdy mi się nie znudzi, jest naprawdę piękna. Poza tym gra aktorska – ok. Nie są to oczywiście żadne niezapomniane kreacje, ale nie mam się do czego przyczepić, więc zaliczam na plus. Ponadto nie ma co ukrywać, że całość swoim rozmachem robi ogromne wrażenie. Prehistoryczne stwory rzeczywiście ożywają na ekranie, a pokazując swoje wielkie zębiska potrafią przyprawić widzów o szybsze bicie serca.
Na koniec
Patrząc na to, co napisałam wyżej, widzę, że strasznie skrytykowałam tę produkcję. Ale nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły film. Albo inaczej – to nie jest aż tak zły film, jak podejrzewałam, że będzie. W związku z tym moja relatywnie wysoka ocena. Poza tym myślę, że „Jurassic World” warto zobaczyć – co tu dużo mówić, dinozaury to dinozaury i (podobnie jak słonie) nadal wzbudzają emocje.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Jurassic World
REŻYSERIA: Colin Trevorrow
GATUNEK: Przygodowy, Sci-Fi

MOJA OCENA (w skali 1-10): 5


środa, 10 czerwca 2015

Na którą najlepiej nastawić budzik, czyli refleksje po "Przebudzeniu" S. Kinga

Planowałam jakiś czas temu dodać post o grach Syberia oraz Syberia II, które niedawno skończyłam. Już nawet zaczęłam takowy post pisać, ale… okazało się, że nie umiem. Jak tu zrecenzować coś równie wspaniałego…?
Także postu o Syberii nie ma i nie będzie, ale polecam ją każdemu, kto lubi dobrze opowiedziane, nostalgiczne historie, okraszone dodatkowo przepiękną muzyką. Naprawdę warto wybrać się w tę podróż – ja nawet za jakiś czas pewnie zdecyduję się zrobić to drugi raz.
Ale dość gadania o tym, o czym nie piszę (bo przecież żadnego postu o Syberii formalnie nie ma) – dziś coś, za co również miałam się zabrać już dawno. Mianowicie Stephen King i jego do niedawna najnowsza powieść (właśnie dzisiaj do księgarni wchodzi bowiem jeszcze nowsza) – „Przebudzenie”. Wydana jeszcze w ubiegłym roku, na mojej półce leżała od Bożego Narodzenia, ale ciągle nie miałam dla niej czasu. Teraz jednak jestem już po i pora podzielić się refleksjami.

Kto się przebudza, po co i dlaczego?
King swoim zwyczajem powraca do lat i miejsc swojego własnego dzieciństwa. Cała historia zaczyna się więc, gdy w latach 60. do małego miasteczka w Nowej Anglii przybywa nowy pastor – Charles Jacobs. Początkowo sprawia wrażenie sympatycznego gościa, parafianie go lubią, nawet dzieci jakoś chętniej uczęszczają do szkółki niedzielnej (wśród nich również Jamie Morton, narrator książki). Wszystko się jednak zmienia, gdy w wypadku samochodowym ginie żona i mały synek Jacobsa. Jest to zbyt silny cios dla pastora, a przede wszystkim zbyt ciężka próba jego wiary – Jacobs wyklina Boga i neguje wszystko, na czym do tej pory opierał swe życie. Jego „straszne kazanie”, na którym szydzi z chrześcijaństwa, szokuje wiernych i doprowadza – czemu nie trudno się dziwić – do utraty przez niego pracy pastora.
Tymczasem wspomniany już wyżej Jamie Morton boryka się z własnymi problemami. Szybko przestaje być słodkim sześciolatkiem, którego poznaliśmy w pierwszych rozdziałach, by wyrosnąć na rockendrollowca. Wiąże się z tym nie tylko sława (choć bez przesady), ale również oczywiście wszystkie ciemne strony tego biznesu, jak np. narkomania. Poza tym, jego losy zaczynają się dziwnie splatać z coraz bardziej demoniczną postacią byłego pastora.

Miasto budzi się
Zaobserwowałam już, że jak dla mnie nie ma znaczenia CO King napisze, lecz JAK. Widać, że powieść jest przemyślaną całością, autor nie gubi się w retrospekcjach, narracji, wydarzeniach itd. To raz. Druga sprawa, które urzeka mnie znacznie bardziej, to dokładność, z jaką pisarz opisuje świat przedstawiony. Nie robi tego jednak w sposób podobny do aŁtoreczek powieści aspirujących do bycia blogaskiem, w których o bohaterka nawet w chwili największego zagrożenia życia radośnie obwieści nam, że w danym miejscu podłoga była drewniana, a protagonistka zeszła na śniadanie ubrana w czarne rurki i koszulkę na ramiączkach. Kingowscy bohaterowie nie są aktorami występującymi wśród papierowej scenerii, lecz ma się wrażenie (przynajmniej ja mam), że są PRAWDZIWYMI ludźmi, w PRAWDZIWYM świecie. Dbałość autora o szczegóły każe mu poinformować czytelników, jakiej marki był odkurzacz, który matka bohatera próbowała wygrać w telewizyjnym konkursie, jakiej marki była pierwsza gitara Jamiego, czy też jaka piosenka leciała w radiu, gdy bohater akurat jechał samochodem. Kogoś może to nużyć, ale jak dla mnie buduje fantastyczny klimat.

Ja jednak preferuję tryb drzemki
Tak jak powiedziałam, bardziej urzeka mnie sposób w jaki King pisze, niż co pisze. Sama historia bowiem zrobiła na mnie takie sobie wrażenie. Pobudza do refleksji, ale rozwiązanie zaproponowane przez Kinga średnio do mnie przemawia. Poza tym autor popełnia bardzo duży grzech, który trudno mi mu wybaczyć: znakomicie buduje mroczny nastrój, wprowadza niepokój… wszystko po to, by w ostatnich dwóch rozdziałach z całkowitym brakiem taktu, subtelności czy gracji ROZWALIĆ wszystko, co tworzył przez poprzednie prawie 500 stron. Zakończenie jest dziwne, niezbyt logiczne i właściwie nie do końca koresponduje z resztą książki, a poza tym jest koszmarnie dosłowne. Autor zdaje się zapominać, że czytelnika najbardziej wystraszy jego własna wyobraźnia, która spróbuje wypełnić luki pozostawione w danej historii. King popełnia jednak ten błąd również w kilku innych swoich powieściach, np. fenomenalnym „To”, gdzie kreuje genialną postać demonicznego klauna tylko po to, by na samym końcu (uwaga spoiler!) zamienić go w wielkiego pająka, a właściwie panią pająk (?!). Obawiam się (choć to info niepotwierdzone, bo mam jeszcze bardzo dużo powieści pana Stephena do przeczytania), że to może być jakaś jego nieusuwalna maniera.

Proponuję zostać w łóżku
Podsumowując, dochodzę do wniosku, że „Przebudzenie” jest pozycją z gatunku: „można, ale nie trzeba”. Oczywiście, dla wielbicieli Kinga – trzeba (ale prawdziwi wielbiciele pewnie dawno są już po, więc nie potrzebują mojej zachęty), natomiast dla wszystkich innych… Cóż, warto przeczytać, ale tylko jeśli żadna inna nieprzeczytana książka nie patrzy na Was oskarżycielsko z półki.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Przebudzenie
AUTOR: Stephen King
GATUNEK: Horror

MOJA OCENA (w skali 1-10): 6

Okładka książki Przebudzenie


poniedziałek, 4 maja 2015

Trochę tłajlajtowego narzekania

Należę do grona tych osób, które nigdy nie czytały Zmierzchu. Jakoś nigdy nie było okazji, a zresztą nie czułam więc jakiejś specjalnej potrzeby. Dlatego moja wiedza na temat Belli, Cullenów i ogólnie świata wykreowanego przez Stefcię Meyer była właściwie żadna. Jakiś czas temu jednak, dzięki uprzejmości jednej z publicznych stacji telewizyjnych, wreszcie poznałam ten romans wszechczasów. Tylko dwie pierwsze części, bo na tyle wystarczyło wspomnianej uprzejmości, ale… to chyba i tak było o dwie części za dużo.
Wiem, że filmowej adaptacji nie powinno oceniać się za fabułę, ale w tym wypadku chyba muszę zrobić wyjątek, bo, jak już mówiłam, książki nie czytałam i nie przeczytam.
Oto jednak w dosyć luźnej i chaotycznej kolejności rzeczy które mi się podobały/nie podobały lub które mnie rozśmieszyły.

Wampiry to śnieżynki

Białe, zimne i skrzy się w słońcu?


Choć nie wszystkie


Taaak… Gdzieś słyszałam, że aktorzy grający wampiry w Zmierzchu mieli przez jakiś czas przed rozpoczęciem zdjęć zakaz opalania się.


Hmm… Ale to pewnie kwestia poprawności politycznej. W filmach zawsze powinien pojawić się dobry Murzyn. Ten tu teoretycznie jest zły, ale w końcu kto ostrzega Belkę przed własnymi złymi przyjaciółmi?

Tak, mam 17 lat i jestem PRZEKONANA, że NA PEWNO znalazłam miłość życia

Belka jest potwornie egzaltowana. I tyle. To wszystko co o niej w ogóle można powiedzieć. Kocha Edwarda, jest gotowa dla niego dać się ugryźć przez monstrum i żyć wiecznie (co wcale nie wydaje się specjalnie kuszącą perspektywą, przynajmniej moim zdaniem). Aha, no i jeszcze ten czas kiedy Belka tęskni za Edkiem – nie może spać, nie może jeść, nie może gadać z kolegami, nie może z nimi wyjść nie może żyć… Tylko wszędzie widzi Edwarda.


Podwójne standardy zawsze Cię znajdą

Tym razem nie chodzi już o kolor wampirów, ale o patriarchę rodziny:


Nie miał problemu z tym, że BEZ PYTANIA zamienił Edwarda w wampira, gdy ten umierał na cośtam. W sprawie Belki muszą jednak zrobić wampirze referendum, pomimo że ona jest zdecydowana.
Chociaż może takie jego zachowanie wynika po prostu z bycia odpowiedzialnym – ja też bym nikogo nie zgodziła się zamieniać tak „na życzenie” w potwora. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie śmierci wolałabym mieć wybór.

Europejczycy są Ciemnogrodem i nadal mają Inkwizycję

Taką wiedzę wyniosłam z obejrzenia tych scen.

Wielka szkoda

W tej scenie natomiast miałam nadzieję, że jednak ją zje. Ach, nadzieja matką głupich.

Hej, opowiem Ci historię o niczym

Tak w dużym skrócie wyglądała dla mnie druga część. W pierwszej to jeszcze jakoś było – słodkie bieganie po drzewach, lasach itp. Itd. Ale w „Księżycu w nowiu”? Właściwie o czym on opowiada? O tym, że Belka cierpi. O tym, że Edward cierpi, ale nie aż tak bardzo, jak Belka (przecież to ona jest główną bohaterką, musi mieć gorzej). No i o tym, że Jacob bez koszulki.

Już rozumiem

W trakcie seansu dowiedziałam się również, dlaczego na supergwiazdę tej produkcji złośliwcy mówią Kirsten „Drewno” Stuart.


Chwila, właściwie drewno ma więcej wyrazu.


Czy jest jakiś jasny punkt?
Na razie nie przychodzi mi więcej śmiesznostek do głowy. Miałam je wypisane na specjalnej kartce, ale niestety gdzieś się zapodziała. Ale jak sobie coś przypomnę to jeszcze dopiszę. No i mam nadzieję, że za jakiś czas telewizja publiczna będzie uprzejma uraczyć nas kolejnymi częściami.
Tymczasem, czy jest jakaś zaleta tych filmów? Technicznie rzecz biorąc, nie są one złe, oceniałam je jednak bardzo nisko, ze względu na fakt, że są głupie. I tyle. Moje szare komórki podczas seansu popełniły honorowe samobójstwo i dlatego nie miałam możliwości obiektywnej oceny. Jest jednak coś, co mi się podobało, mianowicie muzyka. Nienachalna, nostalgiczna – po prostu ładna.

PODSUMOWANIE
TYTUŁ: Zmierzch
AUTOR: Stefcia Meyer
REŻYSERIA FILMU: Catherine Hardwicke
GATUNEK: Romans wszech czasów, przy którym "Anna Karenina", "Wojna i pokój" a nawet "Przeminęło z wiatrem" to tylko żałośni naśladowcy
MOJA OCENA: 3

TYTUŁ: Księżyc w nowiu
AUTOR: Stefcia Meyer
REŻYSERIA FILMU: Catherine Hardwicke
GATUNEK: Romans wszech czasów, przy którym "Anna Karenina", "Wojna i pokój" a nawet "Przeminęło z wiatrem" to tylko żałośni naśladowcy
MOJA OCENA: 2

piątek, 13 marca 2015

So, Death... Are you ready to meet your maker?

Wczoraj dwa światy - zarówno Świat Dysku jak i Świat Kuli - utraciły wielkiego człowieka. Myślę jednak, że Sir Terry, po zwyczajowej partyjce ze Śmiercią, odnalazł szczęście. Nie mówię o "spokoju" i "wiecznym odpoczynku", przeciwnie - mam nadzieję, że świetnie się bawi. 
Więc... do zobaczenia. 



 

poniedziałek, 2 marca 2015

Dwie krótkie historyjki, czyli o tym jak muzyka ma się do szpikulców na śmieci

Dziś dwie krótkie historyjki z mojego życia:

Po pierwsze widziałam dzisiaj na krakowskich Plantach pana ze szpikulcem do śmieci. Wiem, że to niby nic nadzwyczajnego, ale... nie wiem, z jakiś niewytłumaczalnych powodów myślałam, że szpikulce do śmieci wyginęły. 

To jedno. Druga historia to opowieść "tramwajowa". Jechałam dzisiaj rano tramwajem - no niestety 7.30 nie jest już porą na spanie, tylko to właśnie idealny czas na podróże komunikacją miejską - i na którymś już z kolei przystanku wsiada starszy pan. Człowiek z gatunku "niereprezentatywnych" i "niepozornych" - taki troszkę "inny", z nie do końca dopasowaną garderobą - myślę, że wiecie o co chodzi. Najważniejsze w tej opowieści jest to, że wystarczyło mi jedno spojrzenie, by tak szybko go ocenić. Jedyne wolne miejsce zostało akurat obok mnie, więc bohater mojej historii szybko je zajął. I co? Nagle patrzę się, a pan wyjmuje słuchawki; muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, bo przecież słuchanie muzyki w tramwaju jednak nie jest domeną starszych ludzi. Byłam więc zainteresowana, jakiego odtwarzacza używa. Wiecie co się okazało? Że był to śliczny walkman na kasety: 
Dlaczego o tym piszę? Bo ten pan uświadomił mi przynajmniej dwie rzeczy (choć chyba więcej, ale musiałabym się jeszcze nad tym zastanowić), o których tak łatwo się zapomina. Po pierwsze, że za szybko tego człowieka oceniłam. Spodziewałam się po nim czegoś zupełnie innego, tymczasem on mnie zupełnie zaskoczył. I za to "otrzeźwienie" bardzo mu dziękuję. Po drugie, że jednak muzyka rządzi! (niezależnie od tego ile masz lat i jakiego gatunku słuchasz; choć są takie, których ja nie potrafię zaakceptować - ale o tym innym razem).

Muzyka – Zmienia rzeczywistość na lepszą